Portugalskie opowieści socjologa: część druga

W pierwszej części opowiedziałam między innymi o awanturach na lotnisku, awarii w samolocie oraz przygodzie z fałszywymi pieniędzmi. Kto jeszcze nie czytał, zapraszam TUTAJ. Po licznych przygodach, które spotkały nas na trasie do Lizbony, szczęśliwie dotarliśmy do naszego hotelu. Wyczerpani nieoczekiwanie długą podróżą, od razu poszliśmy spać.

Najdroższy ser w życiu

Nowy dzień przywitał nas nowymi przygodami. Oczywiście nie było opcji, by nie zgubić się i nie pójść zamiast do centrum, to w drugą stronę. Dzięki temu jednak odkryliśmy niesamowity park, gdzie znaleźć można było takie cuda:

slimak

Po intensywnym zwiedzaniu postanowiliśmy zjeść pyszny obiad. Jak to zwykle w pierwszych dniach bywa, długo szukaliśmy odpowiedniego miejsca. W końcu zdecydowaliśmy się na jedną z knajp niedaleko głównej ulicy. Postanowiliśmy trochę zaoszczędzić i wybraliśmy tańsze dania specjalne. Po złożeniu zamówienia przyniesiono nam „czekadełko” w postaci kawałka okrągłego sera, niewielkiej ilości pieczywa oraz malutkich pojemniczków z czymś w rodzaju paprykarzu. Pomyśleliśmy, że pewnie to darmowy poczęstunek, jak to bywa w polskich restauracjach. Oczywiście przemknęło nam przez myśl, że może policzą nam za te wątpliwej jakości przysmaki (ewidentnie nie były pierwszej świeżości), ale na pewno będzie to niewielka suma. Poskubaliśmy więc trochę sera i suchego chleba, spróbowaliśmy małych paprykarzy. Potem otrzymaliśmy właściwe dania, które, delikatnie mówiąc, nie były za dobre. Sałatka oznaczała tam jedną czwartą plasterka (plasterka!) pomidora. Po zjedzeniu chcieliśmy zapłacić. Kiedy popatrzyłam na rachunek, doznałam oczywiście szoku. Obok zamówionych przez nas dań, widniały dwie inne pozycje, za które łącznie mieliśmy zapłacić 15 euro (!!!). Tak, 15 euro. W przeliczeniu ponad 60 złotych. Za niezbyt świeży kawałek sera, suche pieczywo i malutkie paprykarze. Przepraszam, było jeszcze małe masełko. Niestety, wszystkiego spróbowaliśmy. Musieliśmy zapłacić. Zaoszczędziliśmy, że ho-ho.

Tajemnicza kobieta

Po niechlubnej przygodzie z najdroższym serem w naszym życiu, postanowiliśmy jadać w ciut droższych, jednak sprawdzonych knajpach. Gdzie nie wciskali na siłę serów, nie napadali na turystów, dania były dokładnie takie jak na zdjęciach, a płaciło się zawsze tyle ile trzeba. Już po niedługim czasie zauważyłam kobietę, która zawsze wieczorami przechadzała się główną ulicą Lizbony, tuż obok ogródków restauracyjnych. Podczas takich spacerów, spoglądała zawsze na talerze gości, nic jednak nie mówiła i nikogo nie zaczepiała. Wyglądała na bezdomną, ewentualnie mieszkającą w slumsach. Zawsze w tym samym ubraniu, z tak samo ułożonymi włosami. Jej spacer trwał parę godzin. Raz ktoś kupił jej lody. Widać było, że jadła je z przyjemnością. Ostatniego dnia również postanowiłam kupić jej choćby niewielkie ciastko. Kiedy ujrzałam, że po raz kolejny zmierza główną ulicą, wskoczyłam do jednej z kawiarni. Od razu wręczyłam jej symboliczny podarunek. Nic nie powiedziała, nie uśmiechnęła się. Pewnie nawet nie rozumiała co do niej mówiłam po angielsku. Jednak ciastko zjadła ze smakiem.

Zastanawiałam się długo kim ona jest, co przytrafiło jej się w życiu. Dlaczego spaceruje codziennie tą samą ulicą? Nigdy nie widziałam, żeby była pijana, czy pod wpływem narkotyków. Zawsze trzeźwa, niesamowicie chuda, chodziła w kółko obok bogatszych ludzi, jedzących portugalskie przysmaki. Czy wyobrażała sobie, że to ona zamawia te pyszności, siedząc w gronie najbliższych? Kiedyś mogła mieć rodzinę, dobre życie, które w jakimś momencie musiało ją mocno skrzywdzić. A może od zawsze była „dzieckiem ulicy” i nigdy nie zaznała „normalnego” życia? Czy nas też może spotkać los, taki jaki spotkał tę kobietę? Myślę, że może. Każdego z nas.

Biedni, ale szczęśliwi

Obiecałam również napisać co nieco o ludziach mieszkających w Lizbonie na co dzień. Myślę, że najciekawszych obserwacji dokonać można w dzielnicy o nazwie Alfama. Znajduje się ona w zasadzie w centrum miasta, jednak spacerując wąskimi, krętymi uliczkami łatwo trafić na „tubylców”. Widać przede wszystkim, że ludzie nie są bogaci. Jednak ich pozytywne nastawienie do życia widać z daleka. Wywieszone na zewnątrz pranie, będące charakterystyczną cechą w całej Portugalii, jest tutaj również często spotykane. Chciałabym w tym miejscu pokazać kilka nieprofesjonalnych zdjęć, które choć w części powinny oddawać klimat tej niesamowitej dzielnicy:)

wp_20160802_14_59_14_pro

20160802_150153

20160802_150222

20160802_150258

20160802_150609

20160802_150825

20160802_150859

20160802_151024

W kolejnej części opowiem między innymi o ciekawych „plażowych” zwyczajach Portugalczyków, o pięknym przylądku zwanym „końcem świata” oraz o kolejnej awanturze na lotnisku w drodze powrotnej.

Liczba komentarzy: 12 Dodaj komentarz

  1. Mikołaj napisał(a):

    Przyznam szczerze, że spacerując po Alfamie instynktownie chowałem aparat fotograficzny do futerału. Dzielnica bardzo różniąca się od pozostałych, ale dzięki temu taka bardziej… prawdziwa. Lizbona to niezwykle klimatyczne miejsce. Chyba moje ulubione w Europie kontynentalnej.

    1. Okiem Socjologa napisał(a):

      Natomiast ja właśnie w Alfamie nie potrafiłam schować komórki, bo cały czas miałam ochotę robić zdjęcia. Miałam to nieszczęście, że aparat akurat mi się wyładował i musiałam robić te zdjęcia komórką…

  2. Karolina Kary B napisał(a):

    Bardzo chciałabym zobaczyć Portugalię, dzięki temu wpisowi mam choć namiastkę 🙂
    Przygody z serem współczuję, niestety tak czasem bywa.

    1. Okiem Socjologa napisał(a):

      Jak to mówimy, zawsze na początku trzeba zapłacić „frycowe”… No i teraz możemy ostrzegać przed tym innych:)

  3. koza domowa napisał(a):

    Piękne kadry! I wspaniała przygoda. Dzięki za ważne wskazówki, jak będę jechała do Portugalii, to z chęcią przeczytam sobie jeszcze raz. 🙂

    1. Okiem Socjologa napisał(a):

      Super, no i wkrótce bedzie kolejna część 🙂

  4. Agnieszka Es napisał(a):

    Piękne zdjęcia! Jeszcze nie byłam, może pojadę…

    1. Okiem Socjologa napisał(a):

      Polecam 😉

  5. Joanna/places2visit.pl napisał(a):

    Wasze podróże zawsze zaczynają się i kończą awanturą na lotnisku? czy to czysty przypadek 🙂

    1. Okiem Socjologa napisał(a):

      Póki co razem lecieliśmy tylko raz i faktycznie tak było 😀 Poprzednio zawsze wybieraliśmy pociągi, z którymi też mieliśmy czasami niemałe przygody. Przykładowo nasze podróż do Budapesztu trwała prawie 24 godziny, bo Czesi po drodze uznali, że rozwiązują pociąg (który miał jechac bezpośrednio).Po co im opóźniony polski pociąg na torach 😛

  6. paulina napisał(a):

    Ciekawe przygody, chyba ta z wysokim rachunkiem za wątpliwej jakości przysmaki najmniej fajna, ale jak czytam to mnie na przyszłość bardzo dużo uczy:)

    1. Okiem Socjologa napisał(a):

      Dokładnie, nauka dla innych i dla nas na przyszłość 🙂 Zawsze mogło być gorzej 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *