Słoiki z ogórkami

Podróże socjologa nie różnią się zbytnio od podróży nie-socjologa. Zdarza się jednak, że socjolog, bardziej niż nie-socjolog, zwraca uwagę na zachowania współpasażerów, czy też mieszkańców danego miejsca. Dziś pierwsza historia z cyklu socjolog w podróży. Opowieść sprzed czterech lat, jeszcze z czasów studiów. Nie będzie mroziła krwi w żyłach, nie sprawi, że nie będziecie mogli przestać się śmiać, nie wbije was też w fotel. Dowodzi jednak starej prawdy, że pozory mylą.

Wszystko działo się w pociągu na trasie Warszawa – Praga. Mnie i mojego Lubego czekało wtedy sporo godzin w podróży. Warto na początek nadmienić, że mieliśmy w przeszłości trochę doświadczeń z „ziomusiami” (określenie, jakiego sami lubili używać) w pociągach, stąd mieliśmy ogromną nadzieję, że tym razem wszystko będzie w porządku i podróż minie w spokojnej atmosferze. W przedziale jechała już z nami pewna Rosjanka – elegancka pani wyglądająca na taką z wyższych sfer. Nawet trochę się już poznaliśmy i co jakiś czas któreś z nas zagadywało na różne tematy.

Wszystko zaczęło się na jednej z ostatnich stacji przygranicznych, pociąg wjechał już na peron. Wyjrzeliśmy przez okno spoglądając na oczekujących już pasażerów. I nagle naszym oczom ukazał się niezbyt czysty pan, z wielką brudną torbą, na oko typowy pociągowy żul. Pomyśleliśmy, że musiałby być to straszny pech gdyby to akurat w naszym przedziale miał miejsce. No i … dwie minuty później pojawił się właśnie u nas!

Od wejścia poczuliśmy niezbyt przyjemny, wręcz ohydny zapach wydobywający się z jego wielkiej torby, która była tak ciężka, że z trudem wrzucił ją na górną półkę. Usiadł na miejscu obok mnie i od razu wyjął piwo, które zaczął popijać niczym soczek. Nietrudno było też nie zauważyć wielkiej rozdrapanej rany na jego ręce i wyraźnie gnijących zębów. No i ten smród z torby. Pomyśleliśmy, że to koniec miłej podróży, a teraz pozostanie nam tylko odliczać godziny do jej końca.

Przez jakiś czas nowy pasażer w ogóle się nie odzywał, pił tylko, nie pierwsze już, piwo. Pani Rosjanka z naprzeciwka wydawała się wyraźnie zniesmaczona nowym towarzyszem podróży, ale my również nie czuliśmy się najbardziej komfortowo.

Chyba nawet on pierwszy do nas zagadał. Temat dotyczył złodziei, na których należy uważać zawsze wtedy, kiedy pociąg zatrzymuje się w Bohuminie. To był pierwszy moment, kiedy pomyśleliśmy, że może ta podróż nie będzie taka straszna, a pasażer wcale nie jest tym, za kogo go wzięliśmy…

Smród z torby jakby przestał był odczuwalny, a rozmowa toczyła się dalej. Nowopoznany pasażer dalej sączył kolejne piwa (jak się potem zorientowaliśmy, były to piwa „lekkie”, a nie „mocne”), ale całkiem trzeźwo raczył nas wieloma ciekawymi opowieściami dotyczącymi Czech. Rozmowa zeszła też na tematy bardziej prywatne, opowiedział nam o sobie, o swoim synu, o mieszkaniu w Czechach, o tym co warto zobaczyć, garść praktycznych porad. No i o tym, że zawsze po odwiedzinach w Polsce przywozi pełno słoików z ogórkami.. które chyba tym razem puściły. Stąd zapach przy wejściu. Widać było, że człowiek ten miał chyba trudne życie, jednak radził sobie jak umiał. Ale nie był tym, za kogo go na początku uważaliśmy.

W tej historii nie było spektakularnych zwrotów akcji. Zwyczajna sytuacja, która często przytrafia się ludziom i uczy ich, że pozory mylą. Mimo, że człowiek z natury nawet nieświadomie ocenia innych na podstawie pierwszego wrażenia i swoich wcześniejszych doświadczeń, postarajmy się dać każdemu szansę. Nie wiadomo, kiedy to my będziemy jej potrzebować.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *